Facebook

KAMIL KRZYWDA: „Od stycznia do końca lutego będziemy zajechani”


Za co do dziś jest zły Paweł Adamczyk, jak wyglądały treningi u Mariusza Sobczyka, kto zastopował jego karierę piłkarską, jak mógł przyczynić się do braku mistrzostwa, czy ma żal, że musiał odejść z klubu i czy ponownie zobaczymy go w Nysie. 

Dłuższa, szczera, z mnóstwem ciekawostek i anegdot, rozmowa z Kamilem Krzywdą, który wywalczył z Nysą awans do czwartej ligi jako piłkarz oraz trener.

Zacznę od banalnego pytania. Zostałeś trenerem, bo nie udało Ci się zostać piłkarzem?
- (śmiech). Również nie będę oryginalny, jak powiem, że piłką nożną interesowałem się od dziecka. Jak każdy w młodym wieku, miałem swój ulubiony klub - Manchester United i swojego ulubionego piłkarza - Garry'ego Neville'a, na którym wzorowałem się i chciałem być taki jak on. Więc moim marzeniem było zostać piłkarzem i grać w ulubionym klubie.

Jak dobrze sprawdziłem, przygodę w Nysie rozpocząłeś w 2004 roku.
- Zgadza się, ale zanim zapisałem się do klubu, to poprzedziła to sytuacja na kłodzkim stadionie. Kopałem, dosłownie kopałem, z kolegami piłkę na sztucznym boisku i w tym samym czasie trening miał pierwszy zespół Nysy. I kiedy po części głównej treningu drużyna wybierała składy do małej gry, okazało się, że brakuje jednej osoby, aby było po równo w każdej ekipie. Pamiętam słowa trenera Zbigniewa Markiewicza, który w tym czasie prowadził trening w zastępstwie za trenera Jacka Piwowara. Krzyknął do mnie ,,ej młody, chodź zagrasz z nami", ja trochę zestresowany dołączyłem do gry i pamiętam, że w drużynie byłem właśnie z trenerem Markiewiczem, Maćkiem Gąsienicą, Tomkiem Bąkiem, Krzyśkiem Kapelanem, Jackiem Terkiem i Grzegorzem Matiasem. Wyniku oczywiście już nie pamiętam, ale to było pierwsze takie doświadczenie z Nysą. Następnie zapisałem się klubu i trafiłem do drużyny juniorów, gdzie grałem przez dwa lata pod wodzą Andrzeja Bilińskiego. Po skończeniu wieku juniorskiego przyszedł czas na pierwszy zespół, którego szkoleniowcem był wtedy Paweł Adamczyk.

Debiutowałeś w meczu towarzyskim z Lechią Dzierżoniów. Z tym zespołem Twoja historia piłkarska będzie miała ciąg, ale po kolei.
- Zespół z Dzierżoniowa występował wtedy w czwartej lidze, my w lidze okręgowej. W moim pierwszym seniorskim meczu trener wystawił mnie na prawej obronie od pierwszej minuty. Było to dla mnie zaskoczeniem, bo liczyłem na kilkanaście końcowych minut. Jako obrońca mogę zaliczyć mecz do udanych, bo gola nie straciliśmy i zremisowaliśmy zawody 0:0. I jak to później mówił trener Adamczyk, z którym dziś widuję na turniejach czy kursokonferencjach: „To był pierwszy i ostatni twój dobry mecz, potem nie było już nic...." (śmiech)
A wracając do pierwszego pytania, to zostałem trenerem, bo, mówiąc pół żartem, przyczynił się do tego Marcin Skarbiński. W meczu ligowym z Polonią Bystrzyca Kłodzka rozgrywanego w Kłodzku, w drugiej połowie tego spotkania, zderzyłem się właśnie z Marcinem. Diagnoza tego urazu była fatalna - zerwane więzadła krzyżowe w lewym kolanie. Później nie mogłem wrócić już do pełni zdrowia i tym samym do treningów. Bardzo pomógł mi klub, który sfinansował mi w całości rehabilitację, a po rozmowie z zarządem, umożliwili również rozpoczęcie kursu trenerskiego UEFA B, również pokrywając koszty tej edukacji. Sytuacja z Marcinem nie wpłynęła w żaden sposób na nasza relacje, zresztą przyszło mi z nim później jeszcze współpracować. 

Mimo to, jako piłkarz, wywalczyłeś z Nysą mistrzostwo ligi okręgowej i awans do czwartej ligi w sezonie 2011/2012, chociaż tego pierwszego miejsca mogliście nie zdobyć, po części z Twoim udziałem.
- Ostatni pojedynek graliśmy na sztucznym boisku w Dzierżoniowie z rezerwami Lechii. To był mecz niezwykle ciężki i zacięty. Stawka była olbrzymia. Jak dobrze pamiętam, to druga drużyna Lechii potrzebowała trzech punktów do utrzymania się w rozgrywkach. My, aby być pewni awansu, również musieliśmy wygrać. Przy naszym prowadzeniu 2:1 miałem idealną sytuację do podwyższenia wyniku. W końcówce meczu dostałem podanie od Pawła Cebulskiego, minąłem bramkarza i wydawałoby się, że została mi tylko formalność… a strzał był niecelny. Kuriozalna sytuacja, mogliśmy mieć spokojną końcówkę meczu i kontrolować zawody, a był horror.

Lechia w końcówce zdobyła gola wyrównującego…
- … ale chyba sędzia boczny zlitował się nade mną (śmiech) i zasygnalizował spalonego. Czy był tam ofsajd, to wie już tylko sędzia liniowy? Utrzymaliśmy to prowadzenie 2:1 do końca i mogliśmy się cieszyć z awansu. Jednak szkoleniowiec był na mnie wściekły i do dziś żartobliwie wypomina mi tę sytuację.

Zdjęcie grupowe po końcowym gwizdku meczu Lechii II z Nysą.

Nie sądzisz, że historia zatoczyła koło? W sezonie 2014/2015 Nysa w ostatnim meczu zremisowała dość pechowo w Goli Świdnickiej, tracąc w końcówce bramkę na 2:2 i zaprzepaszczając awans?
- Po postu taki jest urok tej dyscypliny, kiedy nie ma ostatniego gwizdka sędziego, wszystko jest możliwe. Wiadomo, było rozczarowanie, smutek, ale granie w piłkę nie kończy się na jednym sezonie. Ja sam osobiście boisko w Goli Świdnickiej miło wspominam, gdyż tam udało mi dwukrotnie wygrać, najpierw 2:1, później 4:1. Doświadczyłem tego na własnej skórze, już jako trener Nysy, że gra w Goli Świdnickiej zawsze trzymała w napięciu do ostatniej sekundy. W pierwszym moim meczu przegrywaliśmy dość szybko po golu Jarosława Laty i nic nie zapowiadało, że ten mecz zremisujemy, a co dopiero wygramy. Bramki dla nas padły dopiero w samej końcówce meczu, w 88. minucie trafienie zanotował Marek Słomka, a w doliczonym czasie gry strzelił wspomniany przeze mnie M. Skarbiński.

Po zerwaniu więzadeł próbowałeś jeszcze wrócić do grania za trenera Mariusza Sobczyka, gdy zespół walczył o utrzymanie w czwartej lidze.
- Rozpocząłem zimowe przygotowania. Gdy na pierwszym treningu było nas około 20-22 zawodników, pierwsze słowa, jakie wypowiedział trener Sobczyk, brzmiały tak, że od stycznia do końca lutego będziemy zajechani. I do dziś zawodnicy, którzy trenowali w tamtym okresie, wspominają, że po każdym treningu do szatni schodziliśmy potwornie zmęczeni, ale zdając sobie sprawę, że wykonaliśmy naprawdę kawał dobrej roboty. Pamiętam, że trenując z moim urazem, musiałem uważać, ale z każdym treningiem czułem się pewny. Zbliżała się runda wiosenna, pierwszy ligowy mecz miał nastąpić za dwa tygodnie. Trenowaliśmy na sztucznej płycie boiska i wtedy uraz się odnowił i to dość poważnie. Tym samym to był mój ostatni trening.

Sparing pomiędzy Nysa, a Piastem Nowa Ruda w ramach zimowych przygotowań w sezonie 2009/2010. K. Krzywda w pomarańczowej koszulce.

Kiedy dojrzałeś, że poświęcisz się w pełni trenowaniu?
- Uświadomiłem to sobie, gdy byłem już po operacji w jednym z wrocławskich szpitali. Zdrowie jest ważniejsze, a żeby dalej realizować się w piłce, postanowiłem przystąpić do kursu trenerskiego w 2011 roku, który ruszył w Dusznikach-Zdroju. Rozpocząłem go razem z Robertem Piątkiewiczem, Tomkiem Lisowiczem i Sylwkiem Jaskułowskim. Blisko ponad pół roku uczęszczaliśmy na zajęcia teoretyczne oraz praktyczne, które kończyły się egzaminem w Dzierżoniowie. Jako trener miałem realizować się w klubie i stworzyć pierwsze nabory dzieci do Nysy. Droga do pozostania trenerem nie była łatwa, ale bardzo cenię sobie ten czas. Oprócz pogłębiania wiedzy była możliwość poznania nowych ludzi, którzy też chcieli kontynuować przygodę z futbolem w roli trenera. Tam poznałem m.in. Jacka Fojne byłego trenera Górnika Wałbrzych, a obecnie Foto Higieny Gać. Do dziś jak jest okazja się spotkać na meczu czy jeszcze wcześniej turnieju młodzieży, to zawsze się przywitamy i zamienimy kilka słów.

Wydawało się, że w Nysie zostaniesz na lata. Prowadziłeś grupy młodzieżowe, a po wspomnianym feralnym sezonie, objąłeś stery pierwszego szkoleniowca.
-  Pierwsze roczniki, do jakich zrobiłem nabór, to 2005 i 2006. Dla mnie będą to szczególne roczniki, ponieważ prowadziłem je w kłodzkiej Akademii najdłużej i po kilku latach ciężko było się rozstać. Nie  przypuszczałem jednak, że sprawy nabiorą tempa i otrzymam propozycję zostania trenerem pierwszej drużyny. Oczywiście, nie ukrywam, że było to w moich przyszłościowych planach, ale nie zdawałem sobie sprawy, że nastąpi to tak szybko (w wieku 28 lat - red.).

Nie zastanawiałem się ani przez moment i przyjąłem ofertę. Pamiętam, że dowiedziałem się o tym w piątek ,a w poniedziałek już prowadziłem pierwszy trening. Morale drużyny niebyły najlepsze, a przed nami był ciężki derbowy mecz z Iskrą Jaszkowa Dolna, gdzie trenerem był… Paweł Adamczyk. W świecie piłki nożnej tak się to wszystko zmienia, nie tak dawno trener wylewał swoją wściekłość za nie wykorzystaną sytuację w Dzierżoniowie, a potem stanęliśmy naprzeciw siebie jako trenerzy.

Przypomnij wynik swojego debiutu na ławce trenerskiej.
- Lepszego startu nie mogłem sobie wymarzyć. Zwycięstwo w derbach nad Iskrą 2:0.

Nie było obaw, że więcej możesz stracić niż zyskać? Bez doświadczenia w pracy z seniorami, do tego w zespole większość kolegów, niektórzy starsi i z charyzmą.
- Kto nie ryzykuje i nie walczy, ten nie ma nic! Więc nie miałem żadnych obaw, aby coś stracić. To był dla mnie moment, aby pokazać się z jak najlepszej strony i bez wcześniejszego doświadczenia prazy z seniorami, można sobie poradzić. Dawało się odczuć, że miałem w tamtym czasie dużo zwolenników, którzy mi gratulowali i życzyli powodzenia, ale i przeciwników.

Kogo masz na myśli?
- Chodzi o kibiców - byłych piłkarzy. A sama praca faktycznie była specyficzna, ponieważ z większością zawodników byłem na "ty". W zespole miałem kilku doświadczonych zawodników, którzy mnie wspierali, Daniel Horka, Marcin Syper. Jednak patrząc na średnią wieku, to na ten okres mieliśmy młody zespół, ale bardzo zdolny i ambitny. Dawało się zauważyć, że w momencie obejmowania drużyny, szatnia nie była stabilna, dawało się odczuć konsternacje u zawodników i trzeba było podnosić morale zespołu. To też mnie w dużym stopniu wiele nauczyło jako trenera.

Szansę wykorzystałeś?
- Gdybym w tamtym czasie miał wiedzę taką jak dziś, to kilka rzeczy zrobiłbym inaczej, Niemniej uważam, że szansę swoją wykorzystałem i nigdy nie będę jej żałował.

Żałować nie powinieneś, bo w swojej historii masz zapisany awans jako zawodnik z Nysą do czwartej ligi, a w sezonie 2016/2017 jako trener wspólnie z Krzysztofem Konowalczykiem.
- Ten sezon był dla nas niezwykle udany z uwagi na awans. W tym czasie mieliśmy naprawdę mocny zespół, ale i moich konkurentów, którzy też chcieli wywalczyć awans do wyższej klasy rozgrywkowej (Oprócz Nysy o awans walczył Górnik Boguszów-Gorce oraz Zjednoczeni Żarów - red.). Rundę jesienną mieliśmy naprawdę dobrą, wszystko szło zgodnie z planem. Zimową przerwę przepracowaliśmy solidnie i z dużą nadzieją wystartowaliśmy na wiosnę. W połowie rundy rewanżowej walka o awans była wymagająca, wszystkie drużyny, z którymi graliśmy, były mocno na nas skoncentrowane, grało nam się ciężko i topornie, ale to bardziej wynikało z przygotowania mentalnego, szczególnie w meczach wyjazdowych. I na kilka kolejek przed końcem sezonu do sztabu dołączył Krzysiek Konowalczyk, który miał mnie wesprzeć i pociągnąć zespół do awansu.

Jak odbierałeś głosy, że to specjalnie, aby po wejściu do wyższej ligi odebrać Ci miejsce pierwszego trenera.
- Nie przejmowałem się tym, bo mi w tym momencie zależało na zrealizowaniu celu, jakim był awans i to był dla mnie priorytet. Nie traktowałem tego jako jakiś pojedynek, nie było żadnych zatargów, praca układała się dobrze, bo w końcu razem jechaliśmy na jednym wózku i zależało nam na awansie. Ja byłem odpowiedzialny za część wstępną, natomiast w części głównej pracowaliśmy wspólnie, gdyż wymagało to dobrej i sprawnej organizacji.  

Wejście do czwartej ligi mieliście piorunujące i przez początek sezonu byliście pozytywnym zaskoczeniem ligi.
- Duży wpływ miał sam fakt, że graliśmy w lidze, na którą ciężko pracowaliśmy w poprzednim sezonie, więc siłą rozpędu weszliśmy jak po swoje. Do tego doszło kilka trafnych transferów, choćby Artur Osicki czy Mikołaj Łazarowicz, a wcześniej Sule Ayinla, które pomogły nam się wzmocnić i start, jak na beniaminka ligi, był bardzo udany.

Masz żal, że tamta runda to były ostatnie Twoje chwile w klubie?
- Nie chciałem odchodzić, chciałem zostać i być w tej drużynie, ale trudno, taka jest piłka. Trzeba było się pogodzić z tym, choć to było trudne. Może i trochę żalu miałem, że nie pozwolono mi zostać w pierwszej drużynie, ale dziś patrzę na to ze spokojem i chyba tak musiało być.

Co było powodem odejście?
- Trzymam się zasady, co było powiedziane w czterech ścianach, to nie wychodzi na zewnątrz.

Obecnie Kamil Krzywda to zapracowany człowiek. Do rozmowy nie trzeba było Cię przekonywać, ale z czasem już tak łatwo nie było. 
- Powiedziałbym, że za bardzo zapracowany. Obecnie pracuję w Niepublicznym Liceum Ogólnokształcącym Medical w Kłodzku, prowadzę treningi w Akademii Piłkarskiej Champions w Nowej Rudzie i jestem szkoleniowcem drużyn młodzieżowych w klubie KS Zdrój Jedlina – Zdrój. Na brak zajęć nie mogę narzekać. Odbija się to niestety na rodzinie, bo w domu jestem bardziej gościem, niż domownikiem.

Po Nysie, miałeś jeszcze propozycje objęcia seniorskiego klubu?
-  Po wywalczeniu awansu z Nysą do czwartej ligi, gdy moja sytuacja nie była pewna w klubie, to wtedy miałem kontakt z prezesem Sparty Paczków. Byłem wstępnie już dogadany, ale jednak sentyment pozostał w Kłodzku i chciałem kontynuować pracę w Nysie.

Poprzedni prezes klubu, Tomasz Sutkowski, widział Cię ponownie w Nysie?
-  Zaraz jak został wybrany nowym prezesem, to kontaktował się ze mną i zaproponował mi pracę w Akademii. Wtedy też poruszony był temat utworzenia klasy sportowej w liceum, w którym obecnie pracuję.
Jeśli chodzi o powrót do Nysy, to nie było takiej możliwości. Drugi rok pracowałem w noworudzkiej akademii, a w tym czasie rozpocząłem prace w KS Zdrój, więc nie byłbym w stanie pogodzić obowiązków.

Czyli wszedłbyś ponownie do tej samej rzeki.
- W dyscyplinie sportu nigdy do końca nie wiadomo, gdzie będzie się pracować za rok czy za dwa. Warunki są tak dynamiczne, że ciężko powiedzieć, co nas czeka. Każdy trener tego doświadczył i wie, że trzeba być stale przygotowanym na podejmowanie własnych decyzji. Nie mogę zaprzeczyć, ale też nie mogę potwierdzić czy wrócę do Kłodzka i w jakiej roli. A pierwszy zespół Nysy ma świetnego trenera z bogatym dorobkiem, o czym zresztą świadczy mistrzostwo rundy jesiennej w swoim pierwszym sezonie. Na koncie ma sporo sukcesów. A każdy szkoleniowiec, powinien mieć tyle czasu na zbudowanie i poukładanie drużyny, ile potrzebuje, bez ingerencji innych osób i dać mu skoncentrować się na pracy.

Koniec końców, ponownie będziesz częścią klubu.
- Sentyment i serce zawsze pozostanie dla Nysy, więc będą częścią klubu. We wcześniejszych rozmowach z Tomkiem Sutkowskim o utworzeniu klasy sportowej postanowiliśmy realizować taki projekt o profilu piłka nożna. Udało się go uruchomić, dzięki współpracy z liceum „MEDICAL”. Tam będzie funkcjonować ta klasa, a ja będę w niej nauczycielem. Zapisy już ruszyły, więc zapraszamy wszystkich uczniów do tego projektu. 

Rozmawiał Dawid Broniszewski